Wojciech Dorobiński: Cios Sulimy poniżej pasa

Nie tak dawno „Tygodnik Ostrołęcki” piórem redaktora naczelnego obwieścił, że po jego publikacjach prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie niedopełnienia obowiązków przez prezydenta Ostrołęki, w związku z budową ciągów komunikacyjnych w pobliżu powstającego przy ulicy Gorbatowa centrum handlowego. Czytelnicy odnieśli wrażenie, że siła gazety i zawartych w publikacjach argumentów poruszyła stróżów prawa do tego stopnia, iż z urzędu zajęli się ostrołęckim samorządem.
Ostrołęka > Nasze sprawy
fot. epowiatostrolecki.pl

Nie tak dawno „Tygodnik Ostrołęcki” piórem redaktora naczelnego obwieścił, że po jego publikacjach prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie niedopełnienia obowiązków przez prezydenta Ostrołęki, w związku z budową ciągów komunikacyjnych w pobliżu powstającego przy ulicy Gorbatowa centrum handlowego. Czytelnicy odnieśli wrażenie, że siła gazety i zawartych w publikacjach argumentów poruszyła stróżów prawa do tego stopnia, iż z urzędu zajęli się ostrołęckim samorządem. Prawda okazała się jednak nieco inna. To Maciej Sulima osobiście zawiadomił organy ścigania. Dawniej powiedziałoby się „złożył donos”.

Zastanawiam się, czy w tym miejscu nie kończy się dziennikarstwo i co powoduje takie zachowania? Teoretycznie w przypadku podejrzenia przestępstwa każdy obywatel jest zobowiązany powiadomić organy ścigania, ale dziennikarze mają do dyspozycji inną broń. I tu także próbowali ją wykorzystać. Może nieudolnie i bez starannego przygotowania, opuszczając fragmenty przekazanych przez samorząd informacji, tak by sprawić wrażenie, iż prezydent szasta publicznymi pieniędzmi i nie potrafi wydusić z inwestora tzw. „offsetu”. Miała być niemalże ostrołęcka „Watergate”. Gdy po ukazaniu się artykułów opisane w niej strony, nie mogąc doczekać się sprostowania, zagroziły wstąpieniem na drogę sądową z powództwa cywilnego, pojawił się wątek prokuratury. Tak to się bowiem w prawie dzieje, że sprawa prowadzona w trybie karnym zawiesza postępowanie cywilne na wniosek jednej ze stron. Zatem na orzeczenie sądu, czy artykuł znieważył prezydenta i naraził jego dobre imię na szwank, trzeba poczekać aż do zakończenia sprawy karnej. A to może potrwać jakiś czas, znając pracę naszego wymiaru sprawiedliwości. Może nawet do przyszłorocznych wyborów, na co pewnie mają nadzieję próbujący kreować polityczną rzeczywistość redaktorzy.

„Tygodnik Ostrołęcki” także lata świetności ma za sobą. Dramatycznie spadający nakład, tabloidyzacja, uzależnienie od reklamodawców, wreszcie zmiana właściciela – to wszystko wpływa na komfort pracy i powoduje niekoniecznie przemyślane działania w celu utrzymania, przynajmniej status quo.

Podniesione przez gazetę zarzuty opierają się na wydumanych przez redakcję liczbach, nie sprawdzonych w praktyce i nie potwierdzonych opiniami fachowców. Ot tak, usiedliśmy przy kawie i wyliczyliśmy, że to powinno kosztować tyle, a to tyle. Śledząc dotychczasowe publikacje „TO” na temat obydwu kadencji Janusza Kotowskiego trudno nie zauważyć, że nie jest on szczególnie lubiany przez gazetę. Częstotliwość, z jaką naczelny poświęca prezydentowi miasta swoje komentarze, mogłaby zostać przedmiotem odrębnych analiz. I tylekroć źle opisywany prezydent nadal cieszy się sporym poparciem i w dodatku nie realizuje wskazówek gazety. Może to w końcu zdenerwować i zaprowadzić do prokuratury. Tylko czy rola dziennikarza polega na kreowaniu rzeczywistości? Czy raczej na jej opisywaniu i komentowaniu w sposób wiarygodny i rzeczowy. I przede wszystkim obiektywny. Tu od początku tego zabrakło. Argumenty samorządu zostały pominięte. Najważniejsze okazało się udowodnienie wysuniętej tezy. A teraz już trzeba konsekwentnie brnąć do końca w obronie własnej skóry.

Przyznam, że jestem ciekaw, jak zakończy się cała sprawa. Nie żyjemy w dobrych czasach dla dziennikarstwa, spada nakład gazet, poziom większości artykułów goni tabloidy, komercja zabija rzetelność. Pieniądze wpływają na treść, jakość i stronniczość publikacji. „Tygodnik Ostrołęcki” także lata świetności ma za sobą. Dramatycznie spadający nakład, tabloidyzacja, uzależnienie od reklamodawców, wreszcie zmiana właściciela – to wszystko wpływa na komfort pracy i powoduje niekoniecznie przemyślane działania w celu utrzymania, przynajmniej status quo. Ale czy atakowanie na oślep potencjalnie największego reklamodawcy, jakim może być Galeria Bursztynowa, w dodatku tworzącego liczne miejsca pracy, jest polityką racjonalną? Nie wiem. W kontekście przyszłości gazet papierowych tym bardziej. Co gorsza, widzą to też czytelnicy, coraz częściej rezygnując z zakupu gazety. Czy tę sytuację zmieni fakt walenia na oślep lokalnego samorządu? Wątpię. Tym bardziej, kiedy padają ciosy poniżej pasa.

 

Wojciech Dorobiński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane oznaczone są symbolem *

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu