Naczelnik Korporacji Zbrojnej: Armia zawodowa nie jest w stanie zapewnić Polsce bezpieczeństwa

W maju ubiegłego roku powstał paramilitarny ruch społeczny Korporacja Zbrojna, który – jak zaznaczają jego twórcy – ma na celu stworzenie struktur Obrony Terytorialnej w całej Polsce. „W przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego, to na chwilę obecną jesteśmy w stanie samodzielnie powstrzymać brygadę, czyli ponad trzy tysiące żołnierzy” – mówi w rozmowie z nami Piotr Stankiewicz, naczelnik Korporacji Zbrojnej.
Polska > Opinie
Piotr Stankiewicz

W maju ubiegłego roku powstał paramilitarny ruch społeczny Korporacja Zbrojna, który – jak zaznaczają jego twórcy – ma na celu stworzenie struktur Obrony Terytorialnej w całej Polsce. „W przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego, to na chwilę obecną jesteśmy w stanie samodzielnie powstrzymać brygadę, czyli ponad trzy tysiące żołnierzy” – mówi w rozmowie z nami Piotr Stankiewicz, naczelnik Korporacji Zbrojnej.

Na jakim etapie jest obecnie Korporacja Zbrojna?
– Obecnie Korporacja Zbrojna zrzesza około 130 osób w 27 oddziałach w całej Polsce. Z każdym dniem jednak przybywa nam coraz więcej chętnych i do końca roku planujemy utworzyć co najmniej 34 oddziały. Chciałbym jednak zwiększyć tempo rozwoju KaZetu i podwoić liczebność. W tym momencie można to określić obrazowo jako budowanie „głównego pnia” struktur, z którego wyrosną kolejne oddziały. W kwestii „jakości” cały czas pracujmy nad własnymi materiałami szkoleniowymi, tak dla zwykłych członków naszej organizacji jaki i dla dowódców poszczególnych oddziałów. Oprócz tego, pod koniec października dowódcy poszczególnych oddziałów będą przechodzić szkolenie, między innymi z zakresu zielonej [leśnej] taktyki, sztuki przetrwania, strzelania dynamicznego i metodyki prowadzenia oddziału, co ułatwi im dalszą działalność. Poza tym, dochodzą jeszcze dodatki, takie jak chociażby profesjonalna strona internetowa, zatem ten rok mamy dość pracowity.

Czy nie uważa pan, że to co tworzycie w ramach Korporacji Zbrojnej jest pewnego rodzaju amatorską zabawą ludzi zafascynowanych wojskiem?
– Nieważne co uważam, ważne co pokazuje praktyka. Przez ostatnie 250 lat mieliśmy setki przykładów na to, że takie organizacje są bardzo skuteczne w zapewnianiu bezpieczeństwa oraz w kwestii patriotycznego wychowania młodzieży. Stany Zjednoczone zawdzięczają takim formacjom niepodległość. Organizacje tego typu nadal [dokładnie mowa tu o organizacji Watchmen of America] regularnie utrudniają przemyt narkotyków z Meksyku, zabezpieczają miasta na wypadek awarii sieci elektrycznych, pomagają w niwelowaniu skutków klęsk żywiołowych i są w tym skuteczne. W Wielkiej Brytanii mamy organizację Army Cadets, która powstała w XIX wieku, by dać młodzieży konstruktywne zajęcie i jest traktowana na tyle poważnie, że w ramach lokalnej współpracy z wojskiem [Army Cadets są całkowicie niezależni od Ministerstwa Obrony oraz armii Wielkiej Brytanii jako takiej] młodzież jest tam szkolona nawet w lataniu myśliwcami bojowymi i nikt nie kwestionuje ich przydatności. W II RP członków organizacji paramilitarnych było pół miliona i rząd robił co mógł, by to rozwijać. W Polsce ten ruch trochę zamarł w okresie PRL-u, ale w państwach obywatelskich jest to norma. Zapewniam, że jest to niewielki ułamek tego co można powiedzieć w tym temacie.

Trenujecie, ćwiczycie i poszerzacie swoje struktury. Jednak co byłoby, gdyby wybuchł konflikt?
– W przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego, to na chwilę obecną jesteśmy w stanie samodzielnie powstrzymać brygadę, czyli ponad trzy tysiące żołnierzy. Często powtarzam, że „wojny tym się jeszcze wygrać nie da, ale można komuś dzień zepsuć”. Należy jednak pamiętać, że konflikty zbrojne nie są jedynymi zagrożeniami dla bezpieczeństwa i w związku z tym staramy się rozwijać również w innych kierunkach, niż tylko stricte wojskowy. Przykładem tutaj może być działalność wymienionych przeze mnie Watchmen’ów, przygotowanych do niesienia pomocy w przypadku różnego rodzaju awarii czy klęsk żywiołowych. Tym kwestiom również należy poświęcić uwagę. Przykładowo wyobraźmy sobie efekty długotrwałego braku prądu w którymś z większych miast Polski. W jednym momencie przestaje działać każdy sygnalizator ruchu drogowego, każdy szpital, każdy system komputerowy zarządzający ruchem ulicznym, czy używany w oczyszczalniach wody, chłodniach i całej masie innych rzeczy, które umożliwiają funkcjonowanie dużych aglomeracji. Oczywiście takie poważne awarie czy klęski żywiołowe zdarzają się rzadko, a kluczowa infrastruktura w teorii powinna być – co należy podkreślić: „w teorii” i „powinna być” – przygotowana na takie sytuacje, jednakże nie należy bagatelizować również tego typu zagrożeń.

Według zapewnień władz państwowych, to armia zawodowa ma nam zapewnić bezpieczeństwo. Po co zatem tworzyć struktury paramilitarne, takie jak Korporacja Zbrojna?
– Armia zawodowa nie jest w stanie zapewnić Polsce bezpieczeństwa, ponieważ jest zbyt mała. Obecnie jest w stanie bronić niecałego 1 proc. terytorium Polski i to też tylko przy założeniu, że wszystkie stanowiska w armii – powiedzmy skrótowo – to „stanowiska bojowe”. Trzeba pamiętać, że najbardziej optymistyczne szacunki mówią, że w naszej stutysięcznej armii takich stanowisk jest maksymalnie 40 proc. Oczywiście profesjonalna armia zawodowa jest potrzebna, ale nie może być jedynym co mamy. Polska nie jest tu wyjątkiem, taka sytuacja jest normą dla państw dawnego Układu Warszawskiego, które przeszły z armii poborowych na zawodowe, jednak struktury NATO bardzo krytycznie oceniają tutaj brak Obrony Terytorialnej lub brak chociaż jakiegoś dużego komponentu paramilitarnego. W Stanach Zjednoczonych oprócz armii zawodowej mamy jeszcze Gwardię Narodową, tzw. milicje stanowe i różnego rodzaju organizacje paramilitarne. W Wielkiej Brytanii mamy oprócz armii zawodowej Armię Terytorialną oraz wymienionych przeze mnie Army Cadets. Można podać jeszcze Szwajcarię, której zawodowa część armii jest przeznaczona tylko do szkolenia poborowych, doktryna obronna jest zaś całkowicie oparta na „pospolitym ruszeniu” i lokalnych działaniach. Innym przykładem jest Szwecja, która oprócz armii zawodowej posiada również Hemvarnet, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza Straż Domową, która docelowo ma stanowić ponad 40 proc. całych jej sił zbrojnych. Co więcej Hemvarnet ma również własną organizację młodzieżową, a do różnych organizacji działających na rzecz obronności i współpracujących z Hemvarnetem należy w Szwecji [która ma tylko 9,5 miliona obywateli] około 600 tysięcy ludzi, czyli mniej więcej co szesnasty człowiek. Jak więc widać, zarówno Obrona Terytorialna jak i organizacje paramilitarne nie są wcale takim szaleństwem, jakim mogłyby się w Polsce wydawać.

Na facebook’owym profilu można przeczytać o strukturach Obrony Terytorialnej, które chcecie stworzyć w całym kraju. Czy to nie jest zbyt ambitny cel?
– Nie. Biorąc pod uwagę to, jaki mamy popyt – który stale rośnie – jest to kwestia paru lat. Wymienionym przeze mnie organizacjom na zachodzie się to udało, więc nie ma powodu, by nie mierzyć tak wysoko. Wspominałem o Szwecji, w której udało się zebrać z 9,5 miliona obywateli 600 tysięcy osób, które zechciały się zaangażować w coś takiego. Zebranie trochę więcej niż połowy tej liczby w naszym kraju, liczącym 38 milionów obywateli, też powinno się udać. Oczywiście nie jest to przedsięwzięcie najłatwiejsze, ale na pewno całkowicie wykonalne. Ponad milion ludzi, to jest w przypadku Polski granica błędu statystycznego. Ja natomiast będę wstępnie zadowolony mając około 350 tysięcy ludzi, co nie stanowi nawet jednego procenta ludności Polski. Potencjał pod tym względem również mamy, ponieważ nawet obecnie różnymi sportami obronnymi zajmuje się regularnie w Polsce ponad 200 tysięcy osób, a tak naprawdę nikt ich nie promuje i mało kto o większości nowych takich – jak chociażby Airsoft – słyszał. Wspominałem wcześniej, że nasze tradycje pod względem takich organizacji w okresie PRL-u trochę podupadły, ale nie należy zapominać, że w tamtym okresie sama Liga Obrony Kraju liczyła dwa miliony członków. Tak więc potencjał pod tym względem mamy ogromny, należy tylko zacząć z niego korzystać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane oznaczone są symbolem *

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu

  • WZW-B

    Gość opowiada jakieś niestworzone historie, a dziennikarz łyka je jak młody pelikan. Wymienione w tekście Army Cadet Force to organizacja młodzieżowa, nikt nikogo tam nie szkoli „w lataniu myśliwcami bojowymi”. Szkolenie pilota myśliwca trwa bardzo długi czas i kosztuje miliony funtów….

  • Smuga

    Przecież takie założenia wypełniają organizacje strzeleckie – Związek Strzelecki, Związek Strzelecki ‚Strzelec’ i Związek Strzelecki ‚Strzelec’ OSW oraz POW. Więc po co komu kolejna? Tym bardziej, że ZS ‚S’ OSW współpracuje z MONem. Swoją drogą, to już widzę, jak pokonują tą brygadę… 😀 To 130 osób użyje karabinków asg?